Partyjni, kryptopartyjni i antypartyjni, czyli jak wygrać wybory samorządowe

Osoba, która przychodzi z zewnątrz, debiutuje w polityce i chciałaby zostać np. całkowicie bezpartyjnym prezydentem, wykazuje się niezwykłą naiwnością – mówi dr Jarosław Flis w wywiadzie zamieszczonym w książce „Jak wygrać wybory samorządowe”.

Z autorem zbioru wywiadów, które pokazują od kuchni kształtowanie wizerunku kandydatów i prowadzenie kampanii samorządowej, rozmawia Grzegorz Wierzchołowski

Dr Jarosław Flis

Socjolog, wykładowca akademicki, publicysta, komentator polityczny. Adiunkt w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w dziedzinie public relations, socjologii polityki i zarządzania instytucjami publicznymi. Był rzecznikiem prasowym prezydenta Krakowa, doradcą w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i Urzędzie Marszałkowskim Województwa Małopolskiego. Obserwował kampanie wyborcze w USA i Niemczech w ramach programów informacyjnych rządów tych krajów. Autor wielu artykułów prasowych oraz książek, m.in. „Samorządowe public relations”.
Partyjni, kryptopartyjni i antypartyjni, czyli jak wygrać wybory samorządowe
Grzegorz Wierzchołowski

W 2010 roku, kiedy wybory prezydenckie w cuglach wygrali Rafał Dutkiewicz i Wojciech Szczurek, pojawiły się głosy, że duże miasta mówią „nie” partiom politycznym. Pan się wtedy z tym nie zgodził. Czy po tych kilku latach nadal podtrzymuje pan to stanowisko?

dr Jarosław Flisdr Jarosław Flis

] Tak, bo bezpartyjność prezydentów jest mitem i wspaniałym zabiegiem marketingowym, idealnie wpisującym się w antypartyjne stereotypy sięgające PRL. Ale sytuacja jest o wiele bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Przede wszystkim każdy ze zwycięskich prezydentów wielkich miast, dokładnie co do jednego, zdobył po raz pierwszy swój urząd z poparciem jakiejś ogólnopolskiej partii politycznej. Dopiero później ich drogi się rozeszły, zresztą nie zawsze całkowicie, łagodnie mówiąc.

Wśród prezydentów największych miast nie ma żadnego przypadku dziewiczej czystości, czyli braku jakichkolwiek wcześniejszych kontaktów z partiami. Albo jest to życie na kocią łapę, albo rozejście się dróg, czyli „stan cywilny wolny”.

Dutkiewicz zdobył po raz pierwszy swój urząd w 2002 roku, z poparciem Bogdana Zdrojewskiego i Platformy Obywatelskiej, z kolei w 2006 roku poparły go i PO, i PiS. Jacek Majchrowski miał zawsze ciche poparcie lewicy. Kluczowe znaczenie ma optymalny, jak to się mówi w środowisku graczy komputerowych, combos.

Polega on na tym, że polityk ma dyskretne poparcie ogólnopolskiej partii, ale formalnie jest bezpartyjny. Wtedy elektorat tej partii wie, że to „nasz” kandydat, natomiast elektoraty pozostałych ugrupowań są w stanie uwierzyć, że to człowiek spoza niemiłej im formacji.

Grzegorz Wierzchołowski

W miesięczniku „Znak” dokonał pan ciekawego podziału kandydatów bezpartyjnych: na antypartyjnych, kryptopartyjnych, międzypartyjnych itd. Na przykład kandydaci kryptopartyjni to, według pana, osoby unikające jednoznacznej identyfikacji z partią i udające bezpartyjnych. W jaki sposób tacy kandydaci mogliby w nadchodzących wyborach zmaksymalizować swój wynik wyborczy?

dr Jarosław Flis

Trzeba pamiętać, że te wszystkie zabiegi, np. kryptopartyjność, w przytłaczającej większości przypadków dotyczą polityków, którzy już stali się prezydentami, burmistrzami czy wójtami.

Osoba, która przychodzi z zewnątrz, debiutuje w polityce i chciałaby zostać np. całkowicie bezpartyjnym prezydentem, tak naprawdę wykazuje się niezwykłą naiwnością.

Problem polega na tym, że jeśli nawet jacyś urzędujący prezydenci przegrywali w dwóch ostatnich wyborach samorządowych walkę o prezydenturę w największych miastach, to żaden z nich nie przegrał z kandydatem bezpartyjnym. Wszyscy ci, którzy od tamtego czasu wygrywali, byli kandydatami otwarcie popieranymi przez partie.

Grzegorz Wierzchołowski

Z czego to wynika?

dr Jarosław Flis

Z bardzo przyziemnych przyczyn. Podam przykład prezydentury Krakowa i prezydenta tego miasta Jacka Majchrowskiego. Jego biuro prasowe i kancelaria liczą około 10 osób. Ludzie ci przez okres kilkunastu miesięcy przed wyborami nie robią nic, tylko przyczyniają się do sukcesu wyborczego swojego pryncypała. Wszystko, co robią, jest normalnym elementem rywalizacji politycznej, wiąże się ze stałą obecnością w mediach.

Przyjmijmy, że praca każdej takiej osoby kosztuje 5 tys. zł miesięcznie, w co wliczamy wynagrodzenie, stanowisko pracy, prąd, telefony i wszystkie tego typu rzeczy. Jeżeli takich osób mamy 10, to ich praca kosztuje 50 tys. zł miesięcznie. Przez dziesięć miesięcy zbiera się z tego aż pół miliona złotych.

Czyli pretendent do stanowiska, żeby zrównoważyć samą przewagę urzędującego prezydenta, wynikającą z posiadania dziesięcioosobowego sztabu pracującego na rzecz jego reelekcji, musiałby wyłożyć na sam początek aż pół miliona złotych. Jakie jest prawdopodobieństwo powodzenia tej operacji? Z 26 największych miast w Polsce w ostatnich wyborach żaden urzędujący prezydent – o takim statusie jak Jacek Majchrowski – nie przegrał wyborów. A zatem rywalizacja z kimś takim oznacza z dużym prawdopodobieństwem wyrzucenie pół miliona złotych w błoto.

Kto jest w stanie narazić na zmarnowanie taką ilość pieniędzy i zainwestować w tak ryzykowne przedsięwzięcie? Tylko i wyłącznie partie polityczne, bo dla nich promowanie takiego kandydata jak Andrzej Duda i tak przynosi korzyści, bo nawet jeśli nie wygra on wyborów samorządowych, to będzie jedynką na innej liście wyborczej. Start w wyborach lokalnych przyczyni się więc do dodatkowej promocji jego osoby.

Grzegorz Wierzchołowski

Inwestycja w nazwisko?

dr Jarosław Flis

Tak, to inwestycja w przyszłość, w promowanie partii, w jej obecność medialną. To element gry mającej na celu przyzwyczajanie wyborców, żeby zawsze głosowali na wybrane ugrupowanie i żeby nie oglądali się za innymi opcjami.

A więc wyłącznie partie polityczne mają nie tylko interes, ale i zasoby, które pozwalają podjąć jakąkolwiek walkę z urzędującymi prezydentami dużych miast. Można oczywiście wierzyć w to, że znajdzie się w półmilionowym mieście grupa osób, chcąca sprawić, by pojawił się jakiś nowy, znaczący pretendent; że wykształci się środowisko ludzi, którym urzędujący prezydent tak zalazł za skórę swoją niedbałością albo nieudolnością, że będą zdeterminowani, by się go pozbyć. Ale nie jest to łatwe zadanie.

Kryptopartyjność opłaca się jedynie tym, którzy pragną utrzymać zdobyte urzędy i stanowiska, jest ich cudowną bronią. Osoby te nazywam z łacińska „inkumbentami”. Opierają oni swoją kampanię i swój przekaz na bardzo silnych resentymentach politycznych. W starciach z politykami partyjnymi mówią z grubsza mniej więcej to, co Donald Tusk w 2010 roku: „Nie róbmy polityki”. Bo co to znaczy polityka i kto jest politykiem? Inkumbent twierdzi: „Każdy, kto mnie krytykuje, jest politykiem i kieruje się czysto politycznymi motywami”. […]

Grzegorz Wierzchołowski

Ale sukces takich ludzi, jak powszechnie krytykowany Jacek Majchrowski, nie polega chyba wyłącznie na przewadze w postaci statusu inkumbenta i „darmowego” sztabu wyborczego? Musi być jakaś skuteczna taktyka wyborcza, stosowana przez nich w trakcie i przed kampanią.

dr Jarosław Flis

I jest: efektywne zawieranie sojuszów oraz umiejętne rozgrywanie partyjnych elektoratów. Majchrowski jest tu dobrym przykładem, bo ma przeciwko sobie elektorat PO, bardzo liczący się w dużych miastach, i spośród kandydatów-inkumbentów osiąga najsłabsze wyniki, tzn. jako jedyny nie wygrywa wyborów w pierwszej turze.

W wyborczej dogrywce wszystko zależy więc od tego, kto jest jego przeciwnikiem. W 2006 roku był to Ryszard Terlecki z Prawa i Sprawiedliwości. Co zrobił Majchrowski? Przedstawił się wyborcom Platformy jako biedna ofiara „siepaczy Ziobry”, w związku z czym – w ramach kordonu sanitarnego – elektorat ten zagłosował właśnie na Majchrowskiego.

Grzegorz Wierzchołowski

Potem sytuacja się odwróciła…

dr Jarosław Flis

Cztery lata później Jacek Majchrowski stał się dość niespodziewanie obrońcą Krakowa przed dominacją w mieście Platformy, która wtedy miała już pełnię władzy w kraju. Elektorat PiS tym razem głosował więc przeciwko kandydatowi PO Stanisławowi Kracikowi, dla którego – dzięki umiejętnej taktyce Majchrowskiego – przynależność partyjna zaczęła być obciążeniem. […]

Grzegorz Wierzchołowski

Załóżmy jednak, że partie chcą wygrywać wybory samorządowe. Jakie działania powinny podjąć PO i PiS, by zwyciężać z takimi kandydatami, jak Majchrowski, Grobelny i Dutkiewicz?

dr Jarosław Flis

Potrzebna jest do tego „operacja Zduńska Wola”. Otóż w tej właśnie miejscowości w grudniu 2008 roku doszło do odwołania w wyniku referendum urzędującego od sześciu lat prezydenta Zenona Rzeźniczaka, który zdobył to stanowisko jako kandydat komitetu „Mała Ojczyzna – Zduńska Wola”.

Inicjatorem odwołania prezydenta był wpływowy radny PO Piotr Niedźwiecki. Wydawało się, że to on będzie naturalnym kandydatem na prezydenta z ramienia Platformy w przedterminowych wyborach, zwłaszcza że do rywalizacji stanął m.in. polityk namaszczony przez Rzeźniczaka.

Niespodziewanie jednak PO wystawiła zupełnie innego kandydata, z konkurencyjnej frakcji, a Niedźwiecki wystartował jako kandydat niezależny. W związku z tym – za udział w wyborach bez partyjnej rekomendacji – Niedźwiecki został usunięty z partii.

Jaki był wynik wyborów? Mało znaczący kandydat PO odpadł z fatalnym wynikiem w pierwszej turze, a o zwycięstwo w drugiej – walczyli właśnie Niedźwiecki i polityk popierany przez lewicę. Ostatecznie wygrał Niedźwiecki, który – co istotne – pięć miesięcy po zwycięstwie ponownie został przyjęty do Platformy Obywatelskiej.

Gdyby zatem któraś z sejmowych partii chciała pokonać kandydata w rodzaju Jacka Majchrowskiego, to powinna znaleźć kandydata X o w miarę niezależnej pozycji, ale jakoś kojarzonego z danym ugrupowaniem.

Potem powinna prowadzić z nim pełne przecieków do mediów negocjacje w sprawie kandydowania, tak żeby elektorat wiedział, że X to „nasz”. Następnie, na ostatniej prostej, polityk ten powinien przedstawić ostre warunki, np. zażądać samodzielnego doboru wiceprezydentów. Po negatywnej odpowiedzi władz partii lub lokalnych struktur X powinien wystartować jako „niezależny”, a jego rodzima partia – wystawić do wyborów jakiegoś posła z przerostem ambicji i bez pojęcia o sprawach miejskich, na którego i tak nikt nie zagłosuje.

Wówczas doszłoby do sytuacji, w której elektorat tej partii wie, że X to „nasz” kandydat, natomiast elektoraty pozostałych formacji uważają go za „skłóconego” z rodzimym ugrupowaniem (zwłaszcza że to ostatnie wystawia swojego kandydata).

Oczywiście, taka operacja wymaga znalezienia pomysłu na sfinansowanie kampanii „niezależnego” kandydata, ale są to sprawy do rozwiązania. […]

Grzegorz Wierzchołowski

Jakich haseł powinni używać i do jakiego języka odwoływać się tacy kandydaci [„postpartyjni”, czyli urzędujący, ale już niezwiązani z żadnym ugrupowaniem politycznym – przyp. red.], by wygrać?

dr Jarosław Flis

Powinni przedstawiać się – co jest oczywiste i zrozumiałe – jako obrońcy miasta przed zakusami partii politycznych. To niemal zawsze działa. Ale równie istotna jest tu kwestia doboru tematów. Są dwa rodzaje tematów kampanijnych: te, które powszechnie łączą, i te, które wywołują kontrowersje.

Do tych pierwszych należą takie sprawy, jak: rozwój miasta, ograniczenie bezrobocia, inwestycje, infrastruktura, szkolnictwo. Nikt przecież nie powie otwarcie przed wyborami, że jest przeciwko rozwojowi Poznania lub za zamykaniem szkół w Warszawie.

Druga grupa tematów dotyczy spraw niejednoznacznych, takich, wobec których mieszkańcy nie mają wyrobionego stanowiska lub wręcz dzielących wyborców. A więc np., czy obwodnica Wadowic ma iść północną czy południową stroną miasta, czy w Dobczycach ma być fabryka Unimilu, czy nie, czy Kraków powinien starać się o organizację zimowej olimpiady, czy jednak jest to pozbawione sensu.

Grzegorz Wierzchołowski

Które z tych tematów są wygodniejsze dla konkretnych grup kandydatów?

dr Jarosław Flis

Dla urzędujących prezydentów, inkumbentów, korzystniejsze jest sięganie po tematy ogólne, łączące ludzi. Po pierwsze: taka kampania budzi wyłącznie pozytywne skojarzenia, po drugie: uruchomienie osi sporu – niezbędnej do wzajemnego odróżniania się kandydatów – spada na pretendentów do urzędu.

To oni muszą rzucić rękawice, czyli skrytykować jakąś określoną inwestycję lub pomysł, to na nich spoczywa ciężar emocjonalnego poruszenia wyborców. Naraża to pretendentów na kontratak urzędującego burmistrza lub prezydenta, który może wytknąć przeciwnikom kłótliwość, dążenie do wywołania destrukcyjnego dla miasta konfliktu itd. Sam inkumbent będzie się bowiem przedstawiał jako ten, który buduje „porozumienie ponad podziałami” i chce zgody oraz jedności.

Podkreślę jeszcze raz: rolą polityków, którzy chcą zająć miejsca poprzednio wybranych samorządowców, jest kapitalizowanie niezadowolenia społecznego i wynajdywanie jego obszarów. Trzeba to oczywiście czynić mądrze, by nie wystawić się na cel rządzących oraz mediów, tak jak w 2011 roku zrobił to PiS, zupełnie nierozsądnie wspierając kibiców w konflikcie z władzą.

Powiedzmy sobie jednak szczerze: jeśli ludzie są autentycznie zadowoleni z rządzących ich miejscowością, to szansa na to, że się ich pokona, jest naprawdę nikła. Zwłaszcza że obecnie urzędujący prezydenci i burmistrzowie wykorzystują fakt, iż ich ośrodki są beneficjentami funduszy unijnych – a że darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda, to nikt nie sprawdza, z czyjej inicjatywy płyną strumienie pieniędzy, powstają nowe estakady i obiekty publiczne. A jest to przecież często zasługa nie prezydenta, lecz władzy centralnej.

Większość ludzi nie potrafi jednak tego rozróżnić, dlatego przegrana w wyborach samorządowych grozi przeważnie tylko tym inkumbentom, którzy – przekonani o własnej bezkarności – odrywają się od rzeczywistości.

Książka Jarosława Flisa „Jak wygrać wybory samorządowe” ukazała się nakładem wydawnictwa Słowa i Myśli

Grzegorz Wierzchołowski – dziennikarz śledczy „Gazety Polskiej” i redaktor naczelny portalu Niezależna.pl. Zdobywca wyróżnienia w Konkursie dla Młodych Dziennikarzy organizowanym w 2004 r. przez tygodnik „Wprost” oraz ambasadę USA w Polsce. Publikował m.in. w miesięczniku „Nowe Państwo” i tygodniku „Najwyższy Czas!”.