Jak bardzo różni się public relations w Meksyku – czy ogólniej: w Ameryce Środkowej – od PR-u w innych częściach świata?
Przede wszystkim istnieją różnice kulturowe, których nawet między poszczególnymi państwami Ameryki Środkowej jest mnóstwo. Meksyk ma 120 milionów mieszkańców, cała Środkowa Ameryka ma ich niemal 200 milionów (Kraków, dla przykładu, tylko 750 tysięcy). Różnice zaczynają się już od poziomu języka – często te same słowa znaczą w różnych krajach coś zupełnie innego. Zdarza się, że wypowiedzi osób przyjeżdżających do Meksyku z Hiszpanii są mylnie interpretowane.
Idźmy dalej – Japończyk wręczy ci wizytówkę obiema rękami. Powinieneś w ten sam sposób ją odebrać i uważnie przeczytać z szacunkiem, nie schować do kieszeni. Z kolei w Ameryce Łacińskiej ludzie są bardzo otwarci i szybko zaczynają mówić o sprawach zupełnie prywatnych. Europejczycy zaś chcą zazwyczaj przejść prosto do interesów.
Moja agencja zazwyczaj pracuje z firmami z zagranicy i zawsze uczulamy je, że ich pracownicy muszą orientować się w tematach, którymi żyją meksykańskie media. Bo prasa może zapytać ich o opinię dosłownie w każdej kwestii. Premier coś powiedział, a ciebie od razu dziennikarze pytają, co myślisz na ten temat. Trzeba być zawsze gotowym.
Bardzo ciekawie wygląda u nas konsumpcja mediów. Jeśli poruszasz się po Mexico City samochodem, to średnio spędzasz w nim półtorej godziny dziennie. Dlatego najważniejszym medium jest tu radio i bardzo wiele naszych kampanii uwzględnia również stacje radiowe. Meksykanie generalnie nie czytają za dużo. Musisz umieć pracować z bardzo specyficznymi mediami na bardzo specyficznych tematach. Krótko mówiąc, dobrze poruszać się w niszach.