Zagubieni w relacjach i w języku

Czy możemy „briefować” i kiedy wypada „witać”? Wysyłamy „Ci” czy „Tobie”, a może jednak „Panu”? Jakie są najbardziej irytujące natręctwa w wystąpieniach publicznych i korporacyjnej nowomowie? O języku marketingu (i nie tylko) rozmawiamy z doktor Katarzyną Kłosińską.

rozmawia Tomasz Gregorczyk

Dr Katarzyna Kłosińska

Językoznawca, sekretarz Rady Języka Polskiego, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, prowadzi na antenie radiowej Trójki audycję „Co w mowie piszczy?”.
Zagubieni w relacjach i w języku
Tomasz GregorczykTomasz Gregorczyk

Na początek cytat: „Na potrzeby refreshu zaimplementowano element słońca i fal, które pochodzą z flagowego brandu”. Podoba się pani takie zdanie?

Katarzyna KłosińskaKatarzyna Kłosińska

To zależy, do kogo jest kierowane. Jeżeli wypowiada je specjalista do kolegi z pracy, to jest to jak najbardziej naturalny sposób porozumiewania się. Jeśli jednak jest to zdanie kierowane do ludzi spoza branży, to jest niezrozumiałe. Traci więc swoją podstawową funkcję, bo przestaje być komunikatywne.

Tomasz Gregorczyk

A jeśli czytelnicy specjalistycznego serwisu czy czasopisma prawdopodobnie rozumieją ten specyficzny slang, to czy można publikować takie teksty bez ingerencji?

Katarzyna Kłosińska

Jeśli pismo ma charakter specjalistyczny, to nie trzeba przekładać tekstów z polskiego na nasze. Jego odbiorcami są przecież ludzie, którzy znają ten język.

Tomasz Gregorczyk

Co robić z angielskimi terminami specjalistycznymi? Tłumaczyć, zastępować przez polskie odpowiedniki?

Katarzyna Kłosińska

To zależy. Jeżeli są to terminy używane w pewnym środowisku, to nie zamieniajmy ich. W języku fachowym termin ma bardzo ścisłe odniesienie – lekarze podczas operacji używają nazw, których my nie znamy i nie rozumiemy.

Czym innym jest używanie wyrazów zapożyczonych, gdy mamy polskie odpowiedniki, które znaczą dokładnie to samo – tu można już mówić o modzie językowej, snobizmie czy wręcz lenistwie albo głupocie. Są ludzie, którzy już nie pamiętają, że „bowling” to po prostu „kręgle”, a „fanzona” to „strefa kibica” – bezmyślnie posługują się żargonem. Przestrzegałabym jednak przed próbami manipulowania przy terminologii, która jest czym innym od żargonu.

Tomasz Gregorczyk

A czy powinniśmy spolszczać angielskie terminy? Używać takich słów, jak na przykład „briefować”?

Katarzyna Kłosińska

Tak! Im szybciej zapożyczenia będziemy spolszczać – pisać i wymawiać po polsku, odmieniać i tworzyć od nich nowe słowa – tym szybciej przestaną być traktowane jako coś obcego i szybciej się z nimi oswoimy. A zatem „briefować” – jak najbardziej (skoro już mamy „briefing”).

Tomasz Gregorczyk

Osobną kategorią są słowa istniejące od dawna w języku polskim, które niejako tylnymi drzwiami wprowadzane są w nowych znaczeniach. Weźmy na przykład popularne określenie „dedykowany”, które bardzo mnie razi. Czepiam się?

Katarzyna Kłosińska

Nie, ma pan rację. To przykład tzw. zapożyczeń semantycznych, czyli znaczeniowych: słowo miało jakieś znaczenie, ale pod wpływem języka obcego nabiera nowego znaczenia.

Przyznam, że dla mnie to horror, kiedy słyszę „akumulator dedykowany dla tego rodzaju samochodu” czy „impreza dedykowana dla pracowników firmy”. To największy koszmar językowy, jaki można sobie wyobrazić. Bo przecież istnieje pierwotne znaczenie słowa „dedykowany”, a w tym nowym łatwo je zastąpić i powiedzieć na przykład „skierowany”, „dostosowany”, „przeznaczony dla” itd.

Stosowanie takich bezsensownych zapożyczeń semantycznych powoduje, że ubożeje nam słownictwo. Zapominamy, że możemy powiedzieć „dostosowany” lub „przygotowany z myślą o…”.
To przejaw nadzwyczajnego snobizmu i bezmyślności. Przecież nie wszystko, co jest „dedicated” po angielsku, jest „dedykowane” po polsku.

Tomasz Gregorczyk

Problem w tym, że w tym nowym znaczeniu słowo „dedykowany” jest stosowane nagminnie i nikt już nawet nie zwraca na to uwagi.

Katarzyna Kłosińska

To tym gorzej. To nie jest termin! To żargon. Czym różni się zdanie „kampania jest dedykowana kobietom” od „kampania jest skierowana do kobiet”?

To słowo niestety się rozprzestrzenia i nie dotyczy wyłącznie języka marketingu. Można je spotkać w tym użyciu nawet w gazetach, a w urzędach można usłyszeć: „Proszę pójść do pokoju X, gdzie urzęduje pracownik dedykowany do tego rodzaju spraw”.

Tomasz Gregorczyk

Teraz coś równie smakowitego: „Do głównych zadań agencji należy egzekucja komunikacji BTL”. Angielskie słowo „execution” – czyli po prostu wykonanie bądź przeprowadzenie czegoś – zamienia się w koszmarną „egzekucję”.

Katarzyna Kłosińska

To też bezsensowne i też sugerowałabym używanie słowa „wykonanie”. Ale na szczęście nie zauważyłam, żeby „egzekucja” w tym znaczeniu wyszła poza język środowiskowy.

Tomasz Gregorczyk

A drażnią panią angielskie nazwy stanowisk, nawet kiedy mają polskie odpowiedniki?

Katarzyna Kłosińska

Znów – kwestia w tym, czy jest to terminologia, czy żargon. Jeśli art director jest kimś innym niż grafik czy dyrektor artystyczny, to trzeba używać tej pierwszej nazwy.

Tym bardziej że agencje reklamowe często są międzynarodowe i jak we wszelkich korporacjach posługiwanie się angielskimi nazwami jest wymuszone przez sytuację. We wszystkich krajach, w których działa międzynarodowa firma, nomenklatura musi być taka sama.

Ale jeśli słyszę, że ktoś jest proofreaderem, zamiast po prostu korektorem, to jest to już przesada.

Tomasz Gregorczyk

Zresztą nazwy zawodów mogą się zmieniać w ramach języka polskiego – sprzedawców zastąpili doradcy klienta…

Katarzyna Kłosińska

…i asystenci sprzedaży. To bezmyślne kopiowanie wzorców anglojęzycznych i próba nobilitacji – wprowadza zamęt i sprawia, że język zafałszowuje rzeczywistość. 

Tomasz Gregorczyk

Firmy w ogóle z upodobaniem sięgają po pięknie brzmiące słowa i chętnie mówią na przykład o „filozofii firmy”.

Katarzyna Kłosińska

Tak, straszne są próby odwoływania się do harmonii, współistnienia i szczęścia, te wszystkie misje i filozofie. Wynikają one z chęci udowodnienia, że nie chodzi nam tylko o zysk i utrzymanie się na rynku, ale że istnieje jakaś nadbudowa ideologiczna, trochę jak w socjalizmie, kiedy mówiło się o walce o pokój.

Inny przykład – od jakiegoś czasu w hotelach zaczęły pojawiać się informacje: „Pomóż nam chronić środowisko naturalne. Na wypranie jednego ręcznika zużywa się X litrów wody…” itd. Firma, prosząc o wielokrotne korzystanie z jednego ręcznika, nie przyznaje się, że chce zaoszczędzić, tylko twierdzi, że chodzi jej o misję ratowania środowiska. 

To jednak rodzaj oszustwa, zresztą zupełnie niewiarygodnego. Tego typu propaganda bywa tak nachalna, że przestajemy w nią wierzyć.

Tomasz Gregorczyk

Pod względem samej poprawności językowej komunikatom reklamowym nie można chyba tak wiele zarzucić? Czy jednak coś panią irytuje?

Katarzyna Kłosińska

To, że 38. Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni oficjalnie już nazywa się Gdynia Film Festiwal (nawet nie wiem, jak to odmienić: „Gdynią Filmem Festiwalem” czy „Gdynia Film Festiwalem”). Że w przedszkolu na warszawskiej Ochocie wisi ogłoszenie dotyczące naboru do Ochota Tenis Klubu, a nie do Ochockiego Klubu Tenisowego czy Klubu Tenisowego Ochota.

To straszna, niepolska i przede wszystkim głupia konstrukcja. Gdybyśmy mieli się nią posługiwać, mówilibyśmy „mleko kawa”, a nie kawa z mlekiem, albo „jarzyna zupa”, a nie zupa jarzynowa.

Tomasz Gregorczyk

Przejdźmy do kolejnego wspaniałego tematu, jakim są wystąpienia publiczne. Zauważyła pani to nieznośne „tak naprawdę” albo słówko „tak?” na końcu każdego zdania?

Katarzyna Kłosińska

Tak. Nazywam to natręctwami językowymi. Inne przykłady to: „jakby”, „to znaczy” zamieniane niekiedy na „naczy”.

Tego typu wyrażenia pokazują, że to nie my panujemy nad językiem, ale język panuje nad nami i nie mamy świadomości tego, co mówimy. Często posługujemy się matrycami, co jest trochę niebezpieczne, bo powinniśmy wiedzieć, jaki komunikat wysyłamy do innych.

Tomasz Gregorczyk

Kiedy mówimy „tak naprawdę”, wzmacnia to poczucie, że odsłaniamy słuchaczom jakąś prawdę objawioną…

Katarzyna Kłosińska

Tylko ileż tej prawdy objawionej może być? W każdym zdaniu? To wyrażenie możemy stosować w zdaniach typu: „Wszyscy sądzili, że jest tak a tak, a tak naprawdę jest inaczej”.

Również tego „tak?” na końcu zdania nie mogę już słuchać. Zresztą nie tylko ja, bo słuchacze mojego programu „Co w mowie piszczy?” też często piszą na ten temat i wyłączają radio lub telewizor, kiedy słyszą osobę kończącą prawie każde zdanie słowem „tak?”. To nic nie wnosi, jest tylko natręctwem.

Tomasz Gregorczyk

A czy przypadkiem owo „tak?” nie jest jakimś warszawskim regionalizmem? Bo u nas w Krakowie mówi się „nie?”.

Katarzyna Kłosińska

Tak, podobnie w Poznaniu, a z kolei na Kaszubach „jo”. To „nie?” pojawiało się od zawsze i było takie, powiedzmy, ludowe…

Tomasz Gregorczyk

No właśnie, w Małopolsce to wyrażenie kolokwialne, nikt tak nie mówi w sytuacjach oficjalnych!

Katarzyna Kłosińska

A „tak?” jest korporacyjne i wyszukane… Co ciekawe, „tak?” wkracza do regionów, w których „nie?” nie było.

Tomasz Gregorczyk

Nastała też moda na zdrabnianie imion. Zostawmy już to, że zaroiło się od 45-letnich Przemków i Wojtków. Co gorsza, nagle okazało się, że wszyscy świetnie znają się z Tomkiem (a nie Tomaszem) Stańką, znakomitym trębaczem jazzowym, pozwalając sobie na używanie jego imienia w zdrobniałej formie. Takie traktowanie osobiście doprowadza mnie do szału.

Katarzyna Kłosińska

To już jest, przepraszam, chamstwo. Inaczej nie można tego określić. Jeżeli nie znamy jakiejś osoby, szczególnie jeżeli jest to osoba publiczna, obdarzona pewnym szacunkiem, to jest to „pan Tomasz Stańko”. Albo i bez „pana”, ale nie „Tomek Stańko”, na litość boską!

Drażni mnie też, kiedy dorośli ludzie w sytuacjach publicznych przedstawiają się zdrobnionymi imionami. Na przykład: programy informacyjne są jednymi z najbardziej oficjalnych w sensie językowym. Pojawia się w nich mało potocznych słów, prezenterzy są zawsze eleganccy itd. – i nagle ktoś mówi, że przed nami Jarek albo Krzysiek. To wielka niestosowność.

Tomasz Gregorczyk

Zdrabnianie imienia ma sugerować bycie w sporej zażyłości z daną znaną osobą (co zresztą często nie jest prawdą).

Katarzyna Kłosińska

To prawda. Jest to też przykład tabloidyzacji naszej kultury i robienia na siłę ze wszystkich celebrytów. To takie poklepywanie po plecach kogoś, kto wcale nie jest naszym kolegą. Język powinien oddawać rzeczywiste relacje, a nie funkcjonować w oderwaniu od rzeczywistości społecznej.

Tomasz Gregorczyk

Teraz nazwiska: często przy autoryzacji wywiadów z osobami o nazwiskach kończących się na -o, jak Stańko czy Kościuszko, dostaję tekst z uwagą: „Mojego nazwiska się nie odmienia”.

Katarzyna Kłosińska

Oj, to zawsze był problem. Ludzie nie chcą odmieniać również nazwisk zakończonych na -e, czasami na -a, a niekiedy nawet tych zakończonych spółgłoskowo. Prawdę mówiąc, nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje.

Nie regulują tego żadne przepisy, jedynie norma językowa, a jak wiadomo – za jej nieprzestrzeganie nie grożą żadne sankcje. Sama mam problem w sytuacji, kiedy ktoś uważa, że jego nazwisko się nie odmienia, a ja twierdzę, że jednak powinno się to robić.

Tomasz Gregorczyk

W Marketingu przy Kawie zmieniamy zdanie tak, żeby nazwisko było w mianowniku – bo przecież nie będziemy pisać nazwisk błędnie.

Katarzyna Kłosińska

Tak, to oczywiście jest najbezpieczniejsze. Mam kolegę, zresztą językoznawcę, którego nazwisko po odmianie przypomina rzeczownik pospolity. On też nie odmienia swojego nazwiska, ale my się tym nie przejmujemy i odmieniamy.

Tomasz Gregorczyk

Często interwencje dotyczą także pisowni nazw firm czy tytułów kampanii. Niektórzy upierają się, żeby pisać je w całości dużymi literami (CREATIVA itp.). Mają do tego prawo choćby w materiałach reklamowych i różnych opracowaniach graficznych, ale chyba nie w tekście prasowym (jeżeli nazwa nie jest skrótowcem).

Katarzyna Kłosińska

Niestety, nawet jeśli zapisze pan w swoim tekście te nazwy poprawnie, to i tak w wielu innych miejscach będą one funkcjonować z błędami. Przypomina to walkę z wiatrakami.

Podobna straszna maniera, wzięta chyba z krajów anglosaskich, to pisanie dużą literą wszystkiego, co wydaje się ważne. „Zapraszamy na Koncert Piosenek Dziecięcych” – to bardzo pretensjonalne.

Nawet oficjalne akty prawne, w których też tylko pierwsze słowo powinno się pisać od wielkiej litery, są pisane błędnie. Szczególnie jeśli są to tłumaczenia, na przykład Deklaracja Praw Człowieka. I nie wiadomo, co z tym zrobić, skoro nawet w podręcznikach szkolnych są te wielkie litery. Ale jednak trzeba z tym walczyć.

Tomasz Gregorczyk

A czy jakieś negatywne zjawisko językowe udało się kiedykolwiek zwalczyć albo chociaż ograniczyć?

Katarzyna Kłosińska

Raczej drobne sprawy. Pamiętam moją walkę o słowo „forowicz”. Osoba udzielająca się na forach internetowych powinna nazywać się „forowicz”, a nie „forumowicz”, dlatego że podstawą jest tutaj słowo „forum”, tak jak „liceum”, „gimnazjum” i „muzeum”.

W wypadku tych wyrazów odcinamy końcówkę -um i dopiero potem dodajemy jakiś przyrostek; w ten sposób powstał „licealista” czy „gimnazjalista”. Tak samo powinniśmy mówić „forowicz”, bo „forumowicz” brzmi jak „liceumalista”.

Inaczej mówiąc – forma „forumowicz” jest niezgodna z polskim systemem językowym. Na forach i w gazetach pojawiają się słowa „forumowicz” i „forumowy”, ale od kiedy w radiowej Trójce podjęłam ten temat, coraz więcej ludzi używa poprawnej formy. Na przykład „Gazeta Wyborcza” wymazała ze swojego słownika „forumowicza” i wpisała „forowicza”. Czyli jeśli dziennikarz „Gazety” użyje słowa „forumowicz”, będzie musiał zmienić je na „forowicza”.

Tomasz Gregorczyk

A jaką nazwę osoby zajmującej się marketingiem pani sugeruje? Bo funkcjonują dwie: marketingowiec i marketer.

Katarzyna Kłosińska

Marketingowiec! Czym się zajmuje „marketer”? Marketem chyba (śmiech). Mamy już takie słowa jak „parkingowy” – od „parkingu”. Tu podstawą jest „marketing” – a więc „marketingowiec”.

Tomasz Gregorczyk

Ciekawe zjawiska można też zauważyć w korespondencji mejlowej. Na przykład wiele osób unika prostych słów, chyba tylko dlatego, że, nie wiedzieć czemu, wydają im się obcesowe. I tak mamy: „wyślę Tobie” zamiast „wyślę Ci”, „pozdrawiam Ciebie mocno” zamiast „pozdrawiam Cię…”. Tak jakby forma „Ci” była jakaś gorsza.

Katarzyna Kłosińska

Przede wszystkim jest to niepoprawne. Długie formy zaimków typu „tobie” i „ciebie” powinny pojawiać się na początku lub na końcu zdania albo w sytuacji, w której zdanie składa się tylko z tego zaimka: „Komu to dałeś?”, „Tobie”. Zatem używanie ich w środku zdania w pozycji nieakcentowanej jest po prostu błędne.

Na podobnej zasadzie ludzie boją się czasownika „mieć” i używają „posiadać” czy zamieniają zwyczajne czasowniki typu „zepsuć się”, „przeanalizować” na wyszukane konstrukcje „ulec zepsuciu”, „dokonać analizy” itp. Dłuższe formy wydają im się bardziej eleganckie. To oczywiście na ogół jest pretensjonalne i napuszone.

Tomasz Gregorczyk

Na koniec zostawiłem słówko „witam”, którego nie możemy przecież pominąć w takiej rozmowie. Jest o co kruszyć kopie?

Katarzyna Kłosińska

Jest. Moim zdaniem, jeżeli ktoś używa słowa „witam”, to pokazuje, być może nawet nieświadomie, że jest osobą, dla której takie czynniki jak wiek, płeć czy status społeczny nie mają znaczenia. Inaczej pisalibyśmy „Szanowny Panie Profesorze”, „Szanowny Panie Dyrektorze”, „Szanowna Pani”… Okazujemy wtedy w językowy sposób szacunek danej osobie.

„Witam” jest przeniesieniem zwyczajów korporacyjnych, gdzie wszyscy są sobie równi, przynajmniej z pozoru. Albo z forów internetowych, bo kiedy ktoś nie wie, do kogo pisze, „witam” jest dość użyteczne. Używający tego słowa przyczyniają się do egalitaryzacji naszych wzajemnych stosunków, co z kolei jest kolejnym przejawem tego, że nasza kultura się amerykanizuje.

Ścierają się tutaj dwie normy. Dla ludzi starszych niż trzydziestoletni „witam” nie jest stosowne, a najwłaściwszą formą zwracania się do nieznanych osób jest „Szanowna Pani” – z ewentualnym dodatkiem, tytułem itd. Te formy zakładają pewną skośność relacji. Z drugiej strony mamy ludzi posługujących się „witam”, dla których traktowanie wszystkich jako równych sobie jest czymś naturalnym.

Jedni drugich nigdy nie przekonają. Jeśli ktoś używa „witam”, nie zrozumie tego, że kto inny może odebrać to jako niegrzeczne. Podobnie ktoś, kto pisze „Szanowna Pani”, nie będzie spodziewał się, że kto inny może uznać to za zbyt oficjalne czy staroświeckie.

Tomasz Gregorczyk

Czy nie podobnie jest z słowem „pozdrawiam”?

Katarzyna Kłosińska

Podobnie. Można tak napisać, jeśli się jest z kimś w bliskiej relacji. Mogę pozdrowić koleżankę, ale kiedy piszę do kogoś obcego, to „z wyrazami szacunku” czy też „z poważaniem”. Jeżeli studenci piszą do wykładowcy „pozdrawiam”, to jest to nie na miejscu.

Tomasz Gregorczyk

A najlepiej „pozdrawiam ciepło”.

Katarzyna Kłosińska

Tak (śmiech). Pozdrowić ciepło możemy kogoś, z kim jesteśmy w bliskich relacjach. Albo kiedy piszemy bardzo osobisty list. Ale jeżeli studentka pisze, że „pozdrawia mnie ciepło”, to jest to… dziwne. Nie ma między nami takiej emocjonalnej więzi, żebyśmy mogły się pozdrawiać, a tym bardziej jeszcze ciepło.

Wszystkie te przykłady pokazują, jak bardzo rozchwiane są normy dotyczące stosowności w dzisiejszym świecie. Ale one są rozchwiane dlatego, że pogubiliśmy się w relacjach. To wina przekazów internetowych, na przykład forów, a z drugiej strony programów telewizyjnych i radiowych, w których prowadzący i goście zachowują się, jakbyśmy wszyscy byli kumplami.

Jesteśmy społeczeństwem zagubionym, jeśli chodzi o traktowanie siebie nawzajem. Jak sądzę, odzwierciedla się to również w innych zachowaniach, niejęzykowych. Ale to już temat na rozmowę z psychologiem.