Piąty rok w wybuchu supernowej

To był trudny moment, kiedy zorientowaliśmy się, że wygoda oznacza coś więcej niż nowoczesny dostęp on-line, 24-godzinne call center i pełną integrację wszystkich kanałów. Pewnego dnia musieliśmy zaakceptować fakt, że wygoda to również jeszcze więcej bankomatów bezprowizyjnych i więcej miejsc do wpłat.

O swojej przygodzie z marketingiem, wizji wirtualnego banku i uczciwości wobec klientów opowiada Wojciech Bolanowski w rozmowie z Ewą Sobolewską

Wojciech Bolanowski

Naczelnik Wydziału Rozwoju Kanałów Dostępu w mBanku. Kieruje zespołem odpowiedzialnym za biznesowy rozwój systemu transakcyjnego, serwisu WWW i mobilnych kanałów dostępu. Brał udział w realizacji różnych projektów detalicznych BRE Banku SA, takich jak izzyBank, Multiport, Multibank. Jak sam mówi – w marketingu nie jest fachowcem. Nie ma profesjonalnego wykształcenia biznesowego czy finansowego. W komercyjnej działalności znalazł się dopiero w 2000 roku, gdy przyszedł do mBanku. Z wykształcenia jest lekarzem pediatrą, z doktoratem z farmakologii klinicznej, kilka lat pracował na onkologii dziecięcej. Do marketingu trafił przypadkiem. Ruszał projekt mBanku i okazało się, że skoro ma to być pierwszy bank wirtualny, bez placówek, to powinien mieć strony WWW, na których wszystko będzie wyjaśnione. Znajomy poprosił go, żeby coś na te strony internetowe napisał. Prezes początkowo go nie chciał, bo był za stary jak na zespół mBanku (który wtedy miał średnią wieku 22 lata), ale w końcu się zgodził.

Piąty rok w wybuchu supernowej

Trudne początki

Wojciech BolanowskiWojciech Bolanowski

Na początku pisałem teksty na strony internetowe. Był taki czas, do całkiem niedawna, kiedy każde słowo na stronach informacyjnych mBanku było mojego autorstwa. Starałem się, żeby to, co piszę, było zrozumiałe, mniej formalne, żeby odróżniało się od zawartości stron, na których królował bankowy żargon. To się udało, chociaż początkowo moje teksty wracały z licznymi poprawkami bankowych profesjonalistów – że tak nie wolno napisać, tak jest zbyt swobodnie, a tak mijamy się z prawdą.

Pewnego razu rozgorzała na przykład duża dyskusja, czy można „trzymać rękę na pulsie wydatków” – bo przecież wydatki nie mają pulsu. I o ile jeszcze powyższy tekst przeszedł, to nie udało się już przeforsować np. „instrukcji obsługi bankomatu” – zaczynającej się opisem automatu telefonicznego.

Jednak ostatecznie, w momencie startu, strony mBanku bardzo różniły się od konkurencji. Usłyszeliśmy wtedy dużo dobrych słów od internautów. Nasz sposób na komunikację został zaakceptowany.

Teraz mamy bardzo obszerny serwis internetowy, odwiedzany przez 700 000 użytkowników w miesiącu. Po portalach i po stronach operatorów komórkowych jest to najczęściej odwiedzane miejsce w polskim Internecie. Dlatego trochę trudno nad nim zapanować – zarządzanie stronami WWW nie jest przecież podstawową działalnością banku, a ja nie dysponuję zbyt licznym zespołem.

Powoli na naszych stronach zaczynają pojawiać się słowa będące symbolem tradycyjnej bankowości, które kiedyś były przeze mnie wyklęte i nie miały prawa się pojawić na stronach mBanku, jak np. „produkt” (rachunek czy karta jako produkt bankowy). Często jest to wynikiem automatycznego kopiowania komunikatów prasowych – a przecież Internet to nie serwis dla dziennikarzy.

Zachęcamy do lektury
tego interesującego wywiadu!

Zarejestruj się bezpłatnie, aby otrzymać dostęp do niego oraz

4915 innych artykułów, newslettera

oraz informacji handlowych m.in. o wydarzeniach branżowych, usługach czy produktach wspierających marketing.

Masz już konto? Zaloguj się