Klimat, w którym rosną start-upy – co go poprawia, a co psuje

Państwo nie powinno robić więcej, niż do niego należy. Może stworzyć dobre warunki dla start-upów, ale bezpośrednie inwestowanie to droga na skróty.

Na pytania Tomasza Gregorczyka o zasady budowania ekosystemu przyjaznego biznesowi odpowiada Vitaly Golomb (HP Tech Ventures)

Vitaly M. Golomb

Kieruje inwestycjami w firmie HP Tech Ventures. Współzałożyciel firmy CCC Startups, producent wykonawczy serii konferencji Startup AddVenture. Wcześniej był dyrektorem zarządzającym firm Keen Systems oraz Sputnik Integrated. Jako mentor współpracuje z akceleratorami biznesu: 500 Startups, TechPeaks (Włochy), Happy Farm (Ukraina), ZIP (Chorwacja), Etohum (Turcja) i Innovation Nest (Polska).

Klimat, w którym rosną start-upy – co go poprawia, a co psuje
Tomasz GregorczykTomasz Gregorczyk

Wkrótce ukaże się twoja książka „Accelerated Startup” – przewodnik dla początkujących start-upowców. Co cię skłoniło do napisania właśnie o tym?

Vitaly GolombVitaly Golomb

Jestem związany z Doliną Krzemową, odkąd skończyłem czternaście lat. Zacząłem w epoce dotcomów, więc mam dwudziestoletnie doświadczenie, choć nie jestem taki stary. Przez ostatnie pięć lat pracowałem jako mentor dla takich akceleratorów jak 500 Startups, ale również dla firm europejskich i azjatyckich. Zajmowałem się głównie budowaniem programów edukacyjnych.

Moim zdaniem akceleratory są uczelniami biznesowymi naszych czasów, takimi MBA współczesności. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych niesamowicie popularna była książka „The Pocket MBA”. Jej powodzenie wynikało z obsesji wcześniejszej dekady na punkcie Wall Street i właśnie MBA jako klucza do sukcesu w biznesie. Dzisiaj nowymi szkołami biznesowymi są właśnie akceleratory. Są świetnym sposobem na zdobywanie wiedzy poprzez praktykę, no i dobrą odskocznią do budowania kariery.

W książce zebrałem wszystkie rady, krok po kroku – dla kogoś, kto będzie przechodził całą drogę od pomysłu, przez produkt, do dużego, wartościowego przedsiębiorstwa. Umiejętności, jakie przydają się na początku, są na tyle specyficzne, że nawet jeśli ktoś zrobił karierę w dużej firmie i ma świetne wykształcenie, i tak nie na wiele mu się to przyda.

Pisząc, myślałem jednocześnie o kończących szkołę licealistach, którzy marzą o tym, żeby napisać własną apkę, założyć firmę i odnieść sukces. O studentach i absolwentach uczelni, którzy nie wiedzą, czy aplikować do dużych korporacji, czy może lepiej zacząć coś własnego, ale też o ludziach w trakcie kariery, którzy chcieliby pchnąć ją na nowe tory, być może spełnić swoje marzenia, ale nie wiedzą, jak dokonać tej transformacji.

Radzę im między innymi, jak dostać się do najlepszych akceleratorów, jak Y Combinator, Tech Stars czy 500 Startups, które można nazwać harvardami i stanfordami naszego świata. A ktoś, dla kogo jest to nieosiągalne, bo na przykład mieszka na innym kontynencie, i tak będzie mógł zastosować te same techniki i pomysły w swoim otoczeniu. Albo przynajmniej będzie wiedział, czego musi się nauczyć i co ćwiczyć.

Tomasz Gregorczyk

Niektórzy twierdzą, że działa dziś za dużo akceleratorów. I że wiele z nich, zamiast pomagać początkującym firmom, wysysa z nich wartość. Zgadzasz się z tym?

Vitaly Golomb

Zdecydowanie tak. Z jednej strony mamy setki programów dla start-upów, które w większości są prowadzone przez ludzi niemających doświadczenia ani w inwestowaniu, ani w prowadzeniu własnej firmy. Działa to na zasadzie „kopiuj – wklej”: wszyscy powielają tylko pomysły z innych programów, ale nie oferują wartościowych rozwiązań dla konkretnych przypadków. Pisałem o tym w artykule „Accelerators Are The New Business School” dla serwisu TechCrunch.

Z drugiej strony – czy można powiedzieć, że jest za dużo szkół biznesowych albo za dużo uniwersytetów? Nie. Wobec tego z punktu widzenia edukacji akceleratory są wartościowe. Natomiast jeśli ktoś w akceleratorach myśli, że jego model biznesowy opiera się na inwestowaniu i że któraś z tych małych firm przyniesie mu kiedyś wielkie zyski – mam dla niego złą nowinę. Otóż prawie żadna z tych firm nie stanie się dużym przedsiębiorstwem i nie zwróci pieniędzy, jakie w nią zainwestowano.

Żeby przetrwać, akceleratory muszą zmienić swoje modele biznesowe. Inaczej wpadają w powtarzający się cykl: najpierw gromadzą na tyle dużo funduszy, żeby działać przez rok czy dwa, potem upadają. Ale istnieją również inne modele – na przykład w Founder Institute program jest finansowany przez uczestników, którzy płacą czesne. Akcelerator zachowuje także udziały w firmie, więc jeśli osiągnie ona sukces, zyski mogą być spore.

Tomasz Gregorczyk

Spore dyskusje wywołują też różne formy zaangażowania państwa w rozwój start-upów, akceleratory itd.

Vitaly Golomb

Rządy mogą zrobić wiele dobrego, jak i wiele złego. Jakieś wsparcie finansowe może być dobre, ale najważniejsze są – nawet drobne – korzystne zmiany w prawie.

Popatrzmy na historię Dolny Krzemowej: amerykański rząd odegrał w jej rozwoju bardzo istotną rolę. Przede wszystkim był jej pierwszym klientem. W 1946 roku Frederick Terman zakończył pracę na Harvardzie, gdzie prowadził Radio Research Lab – tajny ośrodek badawczy z ośmiuset inżynierami, który wydatnie pomógł aliantom wygrać drugą wojnę światową.

Terman pragnął coś podobnego stworzyć na Zachodnim Wybrzeżu i wrócił na Uniwersytet Stanforda, z którego chciał zrobić Massachusetts Institute of Technology Zachodu. Amerykański rząd był hojnym zleceniodawcą. Wkrótce odbiorcami innowacyjnych rozwiązań Stanforda zostały firmy prywatne, a przemysł technologiczny w Silicon Valley się rozrastał. Wiele badań realizowanych początkowo dla rządu, choćby w zakresie mikrofal, zostało później skomercjalizowanych.

Dwadzieścia lat później rząd wprowadził w Dolinie Krzemowej program przyciągający inwestorów. Venture capital to skrót od „adventure capital”, bo jego cechy to wysokie ryzyko i duże opóźnienie zysków w czasie. Do każdego dolara inwestowanego z prywatnej kieszeni amerykański rząd dawał dwa dolary w formie grantu. Oczywiście nie jest to jedyny taki przypadek na świecie: coś podobnego robił Singapur, do jakiegoś stopnia również Izrael. Ale co ważne – w tych wypadkach rządy nie tyle same bezpośrednio inwestowały, co skutecznie zachęcały do inwestowania.

Trzeba też zachęcać właściwych ludzi, nie wszystkich, bo biznes to relacje, partnerstwo. Pieniądze nie powinny wpływać poprzez rządową biurokrację, która nie ma żadnego doświadczenia w inwestycjach, a już na pewno nie w budowaniu start-upów. Inwestować powinni profesjonaliści, państwo zaś może stworzyć warunki ekonomiczne zachęcające inwestorów do wyłożenia swoich pieniędzy na dany ekosystem. Na początku stworzenie tego ekosystemu jest bardzo trudne – i tu właśnie rządy mogą przyjść z pomocą.

Tomasz Gregorczyk

Podróżując po świecie, pewnie na każdej konferencji spotykasz kogoś z rządu, kto deklaruje: „Chcemy zbudować własną Dolinę Krzemową!”. Ale ekosystem, o którym mówisz, to jednak zbiór tak wielu zmiennych, że aż niemożliwych do kontrolowania. 

Vitaly Golomb

To klaster pewnych elementów. Koniecznym składnikiem są przedsiębiorcy, mniejsi inwestorzy, ale także duże firmy, które inwestują w powstanie zupełnie nowych kategorii. Państwo stwarza tylko dogodne warunki ekonomiczne, tak aby w tym ekosystemie znaleźli się też konsultanci i osoby z dużym doświadczeniem w branży, na przykład księgowi i prawnicy znający realia prowadzenia firmy we wczesnych fazach rozwoju. Potrzebne są uczelnie zapewniające dopływ utalentowanych inżynierów i absolwentów kierunków biznesowych – bo to oni mają zakładać start-upy. No i trzeba naprawdę sporo wolnego, prywatnego kapitału.

Państwo nie powinno robić więcej, niż do niego należy. Może stworzyć dobre warunki i poukładać razem te wszystkie klocki. Jeśli zaś rząd mówi, że będzie też inwestował bezpośrednio… cóż, w dzisiejszych czasach to pójście na skróty. Rząd wyobraża sobie, że inwestując, pomoże zbudować wielkie firmy, które kiedyś zatrudnią masę ludzi i będą płacić olbrzymie podatki. Z reguły tak się nie dzieje. Start-upy są niewielkie, rozwijają się wolno, nie przynoszą zysku. I wcale nie zatrudnią wielu pracowników. A kiedy faktycznie już będą do tego gotowe, prawdopodobnie odpłyną gdzie indziej, ponieważ duże firmy potrzebują zarządzających doświadczonych w prowadzeniu przedsiębiorstwa technologicznego.

Aktualnie największą przewagą Doliny Krzemowej jest obecność tysięcy menedżerów mających olbrzymie doświadczenie we wprowadzaniu firmy na szeroki rynek i jej transformacji od start-upu do dużego gracza. Tego nie da się kupić za żadne pieniądze, nie ma szans. Dlatego bardzo prawdopodobne, że po osiągnięciu pewnego pułapu nowe firmy będą emigrować do Kalifornii, aby móc się rozwijać. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, jak można zatrzymać największe talenty, najlepszych inwestorów i wartościowe firmy w swoim kraju…

Tomasz Gregorczyk

Słowo o inwestorach. Czy są oni skłonni poczekać na zwrot z inwestycji dłużej niż, powiedzmy, jeszcze dziesięć lat temu?

Vitaly Golomb

Wszystko zależy od tego, kim są ci inwestorzy i jaką mają historię. W Polsce i Europie Wschodniej start-upy są sexy, ludzie chcą zatem w nie inwestować, choć mają doświadczenie tylko z tradycyjnych sektorów gospodarki. Ktoś, kto pracował w branży nieruchomości, przeniesie do start-upów doświadczenia… z branży nieruchomości, to proste. Będzie w pewien konkretny sposób analizować portfolio start-upów, będzie mieć wobec nich określone oczekiwania.

Wchodząc w ten biznes, inwestorzy naprawdę powinni zadbać o swoją edukację. Inną kategorią są ludzie, którzy sami na sobie doświadczyli wszystkich faz rozwoju start-upu i odnieśli sukces. I ci ludzie mają jakiś filtr, jakiś radar. Wiedzą, jak to powinno wyglądać i działać.

Czy są skłonni czekać dłużej? W Dolinie Krzemowej gra się globalnie, ryzyko jest dość duże, nowinki technologiczne pojawiają się na rynku we wczesnej fazie rozwoju. Wszystko dzieje się bardzo szybko, więc inwestorzy są również przyzwyczajeni do tego tempa. Polscy inwestorzy w Kalifornii mogliby przeżyć pewien wstrząs, bo firmy są tutaj z reguły znacznie droższe, gdyż rosną znacznie szybciej, a konkurencja jest ogromna. Można zainwestować niewielkie pieniądze i oczekiwać zwrotu szybko, ale jeśli się wyłoży większe kwoty i poczeka dłużej, zysk może być dużo większy.

Tomasz Gregorczyk

Urodziłeś się na Ukrainie, twoi rodzice dość szybko wyemigrowali do USA. Czy twoja osobista historia dała ci jakieś umiejętności, które teraz są istotne z zawodowego punktu widzenia?

Vitaly Golomb

Oczywiście. Nazywam to dorastaniem „pomiędzy generacjami”. To sytuacja, kiedy ktoś wychowywał się w mieszanym kulturowo środowisku i w efekcie identyfikuje się z dwiema kulturami jednocześnie. Rozumiem kulturę amerykańską – choć nie w stu procentach – i rozumiem też kulturę ukraińską, postsowiecką, rosyjską czy wschodnioeuropejską. I to jest olbrzymia przewaga, bo jestem w stanie zrozumieć obie strony, bardzo od siebie różne, i z obiema robić interesy.

Miałem osiem lat, a mój brat trzynaście, kiedy rodzice wyjechali z Odessy. Brat wykształcił się i rozpoczął karierę w Stanach, potem wyjechał do pracy w Rosji, ale po sześciu, siedmiu latach wrócił, kiedy zaczęło się tam robić niewesoło. Wiele osób w podobnej sytuacji zrobiło to samo. Ja sam otworzyłem biuro w Kijowie, co kosztowało mnie jedną piątą tego, co musiałbym zapłacić w Kalifornii (zakładając, że w ogóle udałoby mi się znaleźć pracowników). Zatem – tak, znajomość języka i kultury to bardzo duży atut.

Nie mogę tego samego powiedzieć o moich rodzicach: mama przyjechała do Ameryki po trzydziestce, tata po czterdziestce. Oboje musieli budować swoje kariery od początku. Wiele poświęcili, wyjeżdżając z nami z kraju. W ich wieku nauka języka przebiegała znacznie wolniej, musieli nauczyć się nowej kultury, której chyba już nigdy nie przyswoją sobie w pełni.

Tomasz Gregorczyk

Termin tego wywiadu ustaliła dla nas twoja asystentka Amy…

Vitaly Golomb

Zgadza się (śmiech).

Tomasz Gregorczyk

…czyli sztuczna inteligencja, bot. Wiem, że kiedy ktoś pyta cię o to, jakie kierunki inwestycji są uważane za przyszłościowe w Dolinie Krzemowej, zawsze podkreślasz sztuczną inteligencję. Które obszary naszego życia rozwój tych technologii zmieni najbardziej?

Vitaly Golomb

To temat mojego ostatniego artykułu dla TechCrunch, który zatytułowałem nieco kontrowersyjnie „Trump, Brexit and ISIS are the symptoms, and the technology is the problem”. Jesteśmy świadkami powstawania olbrzymich podziałów społecznych, a ich przyczyna tkwi w technologii. W ciągu dekady sztuczna inteligencja może zastąpić nawet kilkadziesiąt procent obecnych miejsc pracy. Kryzys ekonomiczny z lat 2008-2009 będzie wyglądał przy tym jak niewielki katar – oczywiście jeśli nic się nie zmieni.

System gospodarczy USA, Wielkiej Brytanii i wielu innych krajów nie jest w stanie dotrzymać kroku gwałtownym zmianom technologicznym. Jednocześnie efektywność pozostaje kluczową sprawą. Dlatego wiele miejsc pracy i wiele zawodów bardzo szybko zostanie przejętych przez sztuczną inteligencję. Żeby się utrzymać i konkurować z nią o miejsca pracy, ludzie muszą być od niej mądrzejsi.

Dwa tygodnie temu Uber wypuścił na ulice testowe samochody bez kierowcy. W ciągu pięciu lat zniszczy to kompletnie rynek tradycyjnych usług transportowych w USA, Wielkiej Brytanii i rozwiniętych krajach azjatyckich. W Stanach są trzy miliony kierowców ciężarówek, plus pracownicy obsługi. Za pięć czy dziesięć lat liczba kierowców ciężarówek w USA będzie wynosiła zero. Efekt społeczny będzie więc olbrzymi, a to tylko początek. Sztuczna inteligencja zastąpi całe kategorie zawodów. Powstaną jeszcze mądrzejsze maszyny, jeszcze mądrzejsze komputery, które nabędą nowych umiejętności.

Sztuczną inteligencją Stanford zajmuje się od sześćdziesięciu lat. Przez pierwsze pięćdziesiąt lat koncentrowano się na zwiększeniu mocy obliczeniowych – to nie przynosiło zbyt rewelacyjnych rezultatów. W ostatnich latach zaczęto myśleć o „sztucznym mózgu” w kategoriach podzespołów: inne algorytmy odpowiadają za przetwarzanie informacji wizualnych, inne za uczenie się i podejmowanie decyzji itd.

Sztuczna inteligencja składa się z wielu komponentów, które osobno można rozwijać bardzo szybko. I jeśli złożysz je w całość, otrzymasz niezły „sztuczny mózg”, którego iloraz inteligencji będzie oscylował około 100. A to średnia dla rodzaju ludzkiego. Powstanie superinteligencji będzie już wkrótce tylko kwestią skalowania. Powiedzmy, że jesteśmy dwa razy inteligentniejsi od małpy. Otóż nowe algorytmy czy maszyny będą dziesięć tysięcy razy inteligentniejsze od nas. Będziemy dla nich jak owady. Pytanie, jak dorównać tym maszynom, jak przebudować nasze gospodarki, może spędzać sen z powiek. A przynajmniej powinno.

Sporo inwestujemy w start-upy z tej dziedziny. Te technologie będą znajdować się w rękach pewnej grupy ludzi i będą się one rozprzestrzeniać, bo przyniosą zyski. Inne, ogromne grupy ludzi, z powodu braków edukacyjnych nie będą miały wystarczających kompetencji, żeby uczestniczyć w tym procesie. To dość przerażająca perspektywa.

Tomasz Gregorczyk

Kultura start-upów, branża high-tech, Dolina Krzemowa – wszystko to istnieje już w popkulturze. Produkuje się filmy i seriale o pracy w internetowych korporacjach i garażowych firmach. Czy osoba z wewnątrz, taka jak ty, widzi w tych popkulturowych przedstawieniach jakieś rażące uproszczenia czy stereotypy? Coś cię wyjątkowo drażni?

Vitaly Golomb

Zawsze istniały dwie Doliny Krzemowe: jedna nudna, gdzie każdy siedzi przed komputerem i robi, co do niego należy, a druga ciekawa, ta z głośnych konferencji i z telewizji. Konsumenci używają naszych produktów, słyszą o tych wszystkich firmach i historiach, o wielkich sukcesach finansowych, nic więc dziwnego, że ich to interesuje i bawi.

Przełomem była chyba epoka dotcomów. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych byliśmy technicznymi nudziarzami interesującymi tylko dla nerdów. Dziś, dzięki rewolucji internetowej i mobilnej, dzięki mediom społecznościowym, ten biznes zdobył olbrzymią popularność.

Musimy mieć tego świadomość. Jeśli przedsiębiorca chce zmieniać świat, rozwiązywać problemy, to musi myśleć biznesowo, a zatem powinien wyjść do publiczności, rozmawiać z prasą, uczestniczyć w branżowych wydarzeniach itd. Ale przede wszystkim musi on dotrzeć do swoich klientów – trzeba więc pamiętać, że chodzi w tym wszystkim o biznes, a nie o robienie konferencji i wzajemne poklepywanie się po plecach na scenie.

Tak, przyciągamy uwagę mediów i publiczności. To miłe, pewnie, że tak. Ale ważne jest, żeby pamiętać o tym, co naprawdę istotne.

Vitaly Golomb był prelegentem kongresu Impact’16, który odbył się 15 i 16 czerwca w Krakowie. Wydarzenie zgromadziło polskich i zagranicznych ekspertów i panelistów, łącznie około 3,5 tys. uczestników. Głównymi obszarami tematycznymi były: FinTech, IoT, transport i logistyka, hardware, health, e-commerce, e-państwo, transfer technologii oraz cyfryzacja. W wydarzeniu wzięli udział przedstawiciele takich firm, jak PKO BP, T-Mobile, Synthos, Selena, Grupa Azoty, Gaz System, MasterCard, PZU, Samsung, KGHM, Discovery, Kapsch, a także inwestorzy venture capital z sektora prywatnego i publicznego, przedstawiciele inkubatorów oraz parków naukowo-technologicznych.

Patronami Impact’16 byli: Ministerstwo Rozwoju, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Energetyki, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Urząd Komunikacji Elektronicznej, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Koalicja na rzecz Polskich Innowacji. Marketing przy Kawie był patronem medialnym wydarzenia.