Marka wyklętaMarka wyklętaMarka wyklętaMarka wyklęta
Zanim zaczniecie wylewać Tigera do ścieku, zastanówcie się, komu kibicujecie (fot. Photogenica)

Marka wyklęta

Marka wyklęta
Jacek Kotarbiński

Jacek Kotarbiński

-

Jacek Kotarbiński

Jacek Kotarbiński

Od 1990 r. specjalizuje się w strategicznym i operacyjnym marketingu oraz wdrażaniu i komercjalizacji innowacji. Racjonalizuje procesy marketingu i sprzedaży, controllingu, zarządzania markami czy projektami marketingowymi. Pomaga w efektywniejszym zarządzaniu kosztami marketingu oraz zwiększaniu wartości i zyskowności firm. Jego pasją jest marketing terytorialny i marketing wewnętrzny. Jest doktorantem Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Gdańskiego (2011–2014). Tematem jego dysertacji jest efektywność marketingu średnich i dużych firm.

×

Obecnie możesz przeczytać

1 artykuł dziennie

Zarejestruj się bezpłatnie,

aby otrzymać dostęp do 4915 artykułów

Masz już konto?
Zaloguj się
– Motyla noga! – prezes Maspexu przerwał na moment leniwe scrollowanie Instagrama, kiedy doszedł do Dnia Kobiet. – Kurcze pióro! – wykrzyknął na pół Czańca w Dniu Lotnictwa, bo już emocjonalnie nie zdzierżył. Z wielkiego, pustego biurka podniósł masywną słuchawkę telefonu. Jej ebonitowa czerń odbijała się na zębach leżącej na biurku głowy tygrysa. Wybrał numer, który zasadniczo nie był znany przeciętnemu śmiertelnikowi.

Taki Tiger

Historia marki Tiger jest równie burzliwa, jak przeszłość jej protoplasty, Dariusza Michalczewskiego. Do dziś pamiętam, jak wiele lat temu w Monachium przy okazji jego walki wykłócałem się z pewną Niemką o to, że Darek jest Polakiem, a nie Niemcem.

Alianse znanych sportowców, aktorów czy celebrytów nie są niczym dziwnym w świecie marek. Powodem jest chęć przeniesienia sławy na efekt komercyjny. Na tym opiera się cały merchandise filmowy, doskonale znany szczególnie dzieciom.

Tiger początkowo właśnie taki był. Darek firmował go swoim nazwiskiem i był naturalną twarzą marki. Opłaty licencyjne miały zasilać jego fundację „Równe szanse”. Początek historii marki, czyli rok 2003, wydawał się bardzo udany. Rok 2005 był momentem zakończenia kariery bokserskiej Darka.

W ciągu pięciu lat marka pod względem sprzedaży ilościowej przewyższyła cesarza energetyków, czyli Red Bulla. Pamiętam, jak bardzo cieszyli się z tego sukcesu. Niemniej w tle trwały przepychanki prawne Dariusza Michalczewskiego i firmy FoodCare o prawa do marki.

Nie łudźmy się. W tej kategorii produktów rozpoznawalność marki, dystrybucja i reklama to podstawa sukcesu. To tak zwany trójkąt FMCG: musisz być widoczny w sprzedaży (trade marketing), dostępny (dystrybucja intensywna, czyli wszędzie tam, gdzie jest to możliwe: od wielkich supermarketów, poprzez dyskonty, stacje benzynowe, aż do warzywniaka pani Stasi na rogu w Pcimiu Małym) i masowo reklamowany.

Twarz marki, jaką był Dariusz Michalczewski, nadawała produktowi rozpoznawalność wśród wielu konkurencyjnych i anonimowych energetyków. Rogata dusza boksera sprzyjała zaś pozycjonowaniu tej marki w kategorii buntowników bez powodu, w stylu Jamesa Deana.

Choć życie Michalczewskiego fundowało chleb bardzo wielu tabloidom, poprzez swoją fundację dawał on światu coś od siebie. W 2008 roku prawa do licencji przejęła firma Maspex pod wodzą Krzysztofa Pawińskiego.

Globalni gracze FMCG

Dla wszystkich deklarujących solennie, że teraz w ramach protestu będą kupować i wylewać Tigera (właśnie w tej kolejności: kupić + wylać) – dwa słowa o tym, czym jest firma Maspex. Zacznijmy od początku.

 

Światowe korporacje FMCG

Światem FMCG rządzi 10 koncernów: Mondelez, Coca-Cola, PepsiCo, Nestle, Procter & Gamble, Johnson & Johnson, Unilever, Mars, Kellogg’s, General Mills. Dodajmy do tego alternatywny świat marek własnych sieci handlowych, czyli private label. To są tysiące najprzeróżniejszych marek spożywczych czy kosmetycznych podlegających prawom shopper marketingu.

Rynki FMCG

Jest przełom lat 80. i 90. Dla korporacji FMCG otwiera się w pełni Europa Środkowo-Wschodnia. To ponad 90 mln konsumentów marzących o markach zachodnich.

Polacy stanowią na tym obszarze prawie 43% populacji. Dla każdej korpo to rynek, którego nie można pominąć. W 1990 roku zaczyna się prawdziwa wojna marketingowa o Europę Środkowo-Wschodnią. Niestety, przegraliśmy, o czym pisałem w „Sztuce rynkologii”.

Niemniej, używając nomenklatury historycznej, wśród owych globalnych koncernów mamy swój bardzo solidny oddział partyzancki pod wodzą swoistego Hubala polskiego FMCG. To Krzysztof Pawiński.

Zaczynał w 1990 roku wraz z pięcioma wspólnikami, startując od kawy, herbaty, kakao czy zabielaczy. Dziś jego imperium to 11 polskich i 14 zagranicznych spółek oraz kilkadziesiąt zarządzanych marek. Maspex rozwinął się nie tylko poprzez tworzenie własnych produktów, ale również przejęcia i fuzje marek zewnętrznych, wiodących w swoich kategoriach.

Firmę nazywa się nie bez kozery „polskim Nestle”. Stanęła do walki konkurencyjnej z globalnymi graczami na rynkach Europy Wschodniej. Zanim zaczniecie kupować i wylewać Tigera do ścieku, zastanówcie się, komu kibicujecie. Ale po kolei.

Digital marketing

Po co firmy biorą agencje digitalowe do obsługi własnych marek? Odpowiedź jest prosta. Żeby uprościć sobie życie (digital marketing pochłania mnóstwo czasu) i by zapewniać marketerom miejsca pracy, podobnie jak było to w starym świecie outbound marketingu.

Pamiętasz wspomniany już trójkąt FMCG? Przychodziła agencja, startowała o budżet na markę, dostawała badania, robiła strategię i kreację. Potem kupowała media, produkowała spoty, załatwiała widoczność na półkach (trade marketing).

Marka miała swoje wprowadzenie, wzrost, dojrzałość i spadek. Główne wyzwanie: być kapitanem swojej kategorii. Klient miał rozpoznać markę, kojarzyć ją, kochać, widzieć na półce. A ponieważ 76% decyzji zakupowych podejmujemy w miejscu sprzedaży, taki Tiger to prosty impuls. Wrzucasz do koszyka i jedziesz dalej.

Jak już nasycimy dystrybucję, to trzeba reklamować non-stop. Zarządzanie marką FMCG jest proste jak budowa myśliwca, takie gimnazjum brand managementu. Flagowe wzorce tworzyły Coca-Cola czy PepsiCo w handlu detalicznym.

Dużo przy tym roboty, trzeba sporo się nabiegać, ale nie łudźmy się. Wystarczy tu porządne rzemiosło marketingowe produktów masowych, a nie wyrafinowane artdeco dla specyficznych insightów.

Transmedia branding

Tyle że świat się zmienił i światem komunikacji zaczęły rządzić reguły wielokanałowości. Dobrych digital marketerów w firmach nadal trzeba ze świecą szukać. W ciągu ostatnich kilku lat marki analogowe stawały się markami transmedialnymi, które są obecne we wszystkich punktach styku z klientami.

Facebook Tigera to ponad 400 tys. fanów, a ów nieszczęsny Instagram 7,5 tys. Jak na markę istniejącą na rynku od czternastu lat nie są to wyniki szczególnie wybitne. Konkurent, czyli Black, też nie całkiem rzuca na kolana: FB 149 tys. fanów.

Co tu dużo deliberować. Pierwszą globalną marką FMCG, która odniosła spektakularny sukces, wykorzystując potęgę transmedialności, był Old Spice z kampanią „Siedzę na koniu”. Polskie agencje nawet nie próbowały szczególnie benchmarkować tej strategii. A przecież nadawałaby się idealnie dla Tigera czy innych marek wykorzystujących archetyp buntownika oraz potencjał istniejącej osobowości. Jeśli masz żyjącą twarz marki, to aż żal jej nie wykorzystać jako brand hero. Bez względu na kontrowersje.

Tiger jednak nigdy nie był wiodącą marką w portfelu Maspexu. To nie Kubuś czy Lubella. Brand managerowie, którzy zajmowali się na dodatek innymi markami, traktowali go trochę jak dopust boży, a nie wyróżnienie. Brand manager w gąszczu priorytetów i KPI bardziej pilnuje, żeby mu się marka w planogramie nie posypała, cyferki w arkuszu zgadzały i event promocyjny wyszedł, niż zważa na to, jaki obrazek agencja wrzuciła dziś na Instagrama.

To są istotne powody, dla których moim zdaniem mało prawdopodobny jest wariant spiskowy afery Tigera. Często wskazywany przez „wielepów” nierozumiejących do końca specyfiki zmian charakteru pracy w działach marketingu po rewolucji social media.

Ujmę to krótko. Dla dużych firm – czy to FMCG, telekomunikacyjnych, finansowych, czy farmaceutycznych działających na typowych rynkach B2C – transmedialność ich marek jest nadal często jednym z wielu klocków kompozycji marketingowej. Firmy te nie przestawiły się z myślenia outbound marketingowego na inbound marketing. To jest pewien proces zmiany, który musi przejść cała organizacja, a nie tylko szef marketingu.

Zarządzający będą dokładnie analizować spot reklamowy czy inne narzędzia ATL, ale to, co się publikuje na profilu na Instagramie (na dodatek z marną liczbą followersów) – już nie do końca. Jest jakaś agencja, która robi digital, wrzuca śmieszne obrazki, podaje statystyki wzrostu… Ale żeby ktoś tam specjalnie robił posiedzenia zarządu, by akceptować każdy post, to niekoniecznie. Polskie działy marketingu są tak bardzo zależne od agencji reklamowych, że często efektem jest wyłączanie myślenia.

To jest główna lekcja dla Maspexu. Lekcja, którą powinni przemyśleć sobie wszyscy marketerzy. Transmedia branding jest ważny, bo nie ma już podziału na online i offline. Jest całość komunikacji, a problem może nagle pojawić się w najmniej podejrzanym zakamarku. Tę lekcję, mam nadzieję, brand managerowie Maspexu odrobią w szerokim wymiarze.

Innym aspektem jest zaufanie do agencji. Jak bowiem wierzyć ludziom, którym nie zapaliły się czerwone lampki? Może dla kreatywnych był to o jeden energetyk za dużo. Transmedialna strategia marki w mediach społecznościowych nie polega z grubsza na wrzucaniu głupawych postów zgodnie z regułą „im większy buzz, tym lepiej”.

Agencje social mediowe lubią jednak niewolnicze przywiązanie do jednego parametru. Pokazując statystyki zasięgów, udowadniają swoją skuteczność przed marketerem. – Patrzcie – mówią, rzucając na stół wykresy – to jest nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Marketerzy słabo ogarniający mechanizmy sieciowego buzzu widzą jedynie rosnące słupki. A potem zarządy kochają te słupki, nawet jeśli niezbyt rozumieją, skąd ten wzrost. – To przecież ta agencja digitalowa nam kręci taki wynik, dobra jest! I jakoś się kręci.

Niewolnicy jednego parametru

Powtarzam do znudzenia: brand manager powinien się interesować nie tylko dynamiką przyrostu zasięgów, ale również powodami ich osiągnięcia. Rywalizacja „kto śmieszniej, kto głupiej, kto bardziej kontrowersyjnie” to jazda bez trzymanki na ostrej krawędzi. To ryzykowne wyścigi wozów z łajnem. Nigdy nie wiadomo który, gdzie i na co się przewróci.

Niewolnicy jednego parametru tworzą buzz z pustych kalorii. Nie wnosi on niczego do wzrostu wartości marki, relacji z klientem czy lojalności. Tworzy tylko ładnie wyglądające statystyki. I nic poza tym.

Wystarczy popatrzeć na korelację wyników sprzedaży i wyseparowanych wyników digital marketingu. Dla firm FMCG budżet marketingowy na social media w kontekście budżetu digital marketingu w porównaniu do całości budżetu marketingowego to nadal mały pan pikuś.

Dlaczego? Ową separację wyników przeprowadzają najbardziej ambitni marketerzy, którzy szukają efektywności poszczególnych składników marketing-mixu. Większość wrzuca wszystko do jednego wora. Mówi: tu jest cel, tu jest efekt, taki jest ROMI i finito. A cały niuans polega na tym, żeby wiedzieć, co i jak działa oraz umieć to analizować.

To tak, jak wiele kampanii z influencerami internetowymi, które miałem okazję analizować od podszewki. Wielki buzz w sieci, potężne zasięgi, wszyscy happy i wow, poklepy i uściski. Wynik? Smutny korniszonek. Korniszonkiem nikt się nie będzie chwalił. Na dodatek smutnym, prawda?

Dokąd idziemy?

Maspex będzie zapewne operacyjnie weryfikował swoje wewnętrzne procedury marketingowe, aby unikać podobnych wpadek. To bolesna lekcja. Proces akceptacji działań w social media jest bowiem trochę inny niż klasyczny.

Klasyczny przebiega prostymi etapami: projekt, poprawki, poprawki po poprawkach, akcept, realizacja, kontrola. Każdy, kto kiedykolwiek podpisywał dokument „akceptuję po zmianach”, wie o co chodzi. To moment, w którym odpowiedzialność agencji przenoszona jest na marketera.

Tymczasem w social media karmienie internetowego potwora codziennymi treściami jest procesem ciągłym. Ma miejsce o różnych porach, na wielu kanałach. To nie jest uruchomiona kampania reklamowa w prasie, radiu i telewizji, w konwencji „zrób launch brandu, a potem sprawdzaj tylko, czy trade marketing dobrze eksponuje, a sprzedaż świetnie rotuje”.

Brand manager poza social media ma milion innych spraw do ogarnięcia, nie jedynie post na Instagramie, który zebrał może sto lajków. Często wygląda to prozaicznie: róbmy te social media, bo inni to robią. Nie za bardzo wiemy po co, wiele z tego nie mamy, ale trzeba coś tam komunikować. Przychodzi agencja i mówi: – Dajcie na miskę ryżu, zrobimy to za was. I jakoś się kręci.

Przejrzałem profil Tigera na Instagramie, zanim go zawieszono – i ognia tam nie było. Na dodatek te osiem dni poślizgu…

Zerknijmy na monitoring

Według Brand24 w okresie od 14 lipca do 8 sierpnia 2017 roku średnia liczba wyszukań dla „tiger” wahała się w przedziałach 200–400 wyników dziennie. Zasięgi oscylowały natomiast wokół średnio 100–200 tys. dziennie.

9 sierpnia 2017 roku, czyli aż osiem dni po publikacji obrazoburczego postu z 1 sierpnia, nastąpił gwałtowny skok wyników wyszukiwania do 12 831, czyli 32 do 64 razy. Zasięg dzienny wzrósł do 7,46 mln (według Brand24) i 5,3 mln (według Monitori). Zasięg dzienny (Brand24) w kolejnych dniach: 3,5 mln, 1,48 mln, 0,86 mln.

Zgodnie z moją niezweryfikowaną hipotezą: dynamika zasięgów po takich incydentach (nie mylić z kryzysem) w kolejnych dniach stanowi połowę zasięgu dnia poprzedniego. Po czterech, pięciu dniach zasięgi wracają do stanu sprzed incydentu.

Zachowanie Maspexu w zakresie PR było wzorcowe: przeprosiny, wpłata na rzecz Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, rezygnacja z usług agencji, weryfikacja wewnętrznych procedur. Reakcja rynku przejawiła się wykluczeniem Tigera z dystrybucji na stacjach Lotos, podobno również Orlen. Polskie Radio przestaje kupować produkty Maspexu, a media krzyczą o bojkocie konsumenckim.

O hejcie nie wspomnę, to naturalne zjawisko w takim przypadku. Powody wycofania marki z firm państwowych raczej nie mają przyczyn biznesowych.

Dla przypomnienia: Constar w 2005 roku, po głośnej na całą Polskę aferze z robieniem wędlin ze starego i spleśniałego mięsa, potrzebował roku, żeby wrócić do sprzedaży sprzed kryzysu. Polak jako konsument ma raczej krótką pamięć, ale… nigdy nic nie wiadomo.

Skutki?

Incydent z Tigerem moim zdaniem nie przerodzi się w długoterminowy kryzys. Nie zatrzęsie Maspexem ani nie będzie skutkować zniknięciem marki Tiger z rynku. To nie jest afera jajeczna z Holandii. To nie jest zdarzenie, które wymaga wycofania produktu z rynku.

Nie chcecie Tigera? Kupią go Czesi, Rumuni, Węgrzy. To tylko redystrybucja. Marka Tiger nie jest w zasadzie winna. Winni są ludzie, którzy stworzyli kontrowersyjną komunikację i ci, którzy jej nie dopilnowali.

I czy w zasadzie chodzi tu o szukanie winnego? Raczej o to, żeby nie dopuszczać do podobnych sytuacji w przyszłości. To kolejny dowód na to, jak trudna jest praca marketera i jak ważnym zagadnieniem jest zatrudnianie w komórkach marketingu odpowiednich ludzi.

Przypadek Tigera będzie zapewne wałkowany na umór na zajęciach z kryzysowego PR oraz do umordowania uczestników na konferencjach branżowych w stylu „Czy to był spisek?!”. Podobnie jak incydenty Ciechana, Reserved, Żytniej czy czerwcowa afera Cisowianki pokazuje on, że jesteśmy wrażliwi na rodzimą komunikację marketingową. Mimo że polskiej reklamy – agresywnej, mocno produktowej, sztampowej i nachalnej – mamy powyżej uszu.

Czy to jest spisek?

Sygnalizuję ludziom odpowiedzialnym za budowanie kontrowersyjnej komunikacji: prowokacja jest trudną sztuką. Istnieją granice, które dla celów komercyjnych nie powinny być przekraczane.

Gdy w tle działań marketingowych pojawiały się aspekty religijne, patriotyczne czy narodowe, w Polsce zawsze budziło to kontrowersje i protesty. Ale kiedy 1 sierpnia 2016 roku zapowiedziano energetyk Żołnierze Wyklęci, bojkotów konsumenckich nie było.

O ironio, producent, który nazywa się (pardon my frencz) Super Ruchacz, sprzedaje energetyki o tej samej nazwie. Jej kontrowersyjność redukuje zadziorność tygrysa do poziomu domowego mruczka. Gdyby to wspomniana marka wpadła na pomysł obrazoburczej prowokacji grubymi nićmi szytej, nie miałbym wątpliwości. Ale Maspex to nie ten poziom komunikacji shockvertisingu.

Zjawisko bojkotu marki zaczyna się od minimum 10-procentowego, gwałtownego spadku sprzedaży, z narastającym, wyraźnym trendem w dół. Maspex może zrezygnować ze sprzedaży marki bynajmniej nie z powodów biznesowych, lecz po prostu dla świętego spokoju. Produkcja energetyków nie jest dla grupy kluczowa. Wytwarzanie produktu jest zaś na tyle banalne, że firma może nawet nazwać nową markę WYKLĘTA. Dlaczego nie? (uwaga: sarkazm).

Kasa, tygrysku

Zgodnie z teorią „follow the money”, wbrew rozpowszechnianym teoriom spiskowym, Maspex nie miał szczególnego interesu w tym, żeby zaplanować i przeprowadzić taką prowokację. To nie jest wspomniany wcześniej napój dla buhajów.

Marketerzy analizują ryzyko swojej komunikacji. Tutaj miała ona być kontrowersyjna, prowokująca zgodnie z archetypem marki. Ktoś przegiął.

Agencja reklamowa w zamian za udział w „prowokacji” również nie położy własnej głowy na szafot. Na dodatek na rynku, na którym Maspex jest wyjątkowym kąskiem do portfolio. Może taka ustawka miałaby sens, gdyby Tiger miał śladową rozpoznawalność. Jednak w tej teorii spisku nic się po prostu nie klei. Byłaby to chyba jedna z głupszych prowokacji rynkowych.

Kto najbardziej może dostać w skórę? Darek Michalczewski. Maspex w wyjątkowy sposób obronił jego nazwisko w całym medialnym zamieszaniu, podobnie jak swoich brand managerów.

Z punktu widzenia interesów Michalczewskiego likwidacja Tigera spowodowałaby jednak zamknięcie wpływów z licencji dla fajnej fundacji. Trudno będzie czymś zastąpić markę z jego punktu widzenia, bo Tiger to po prostu Darek Tygrys Michalczewski i wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. A dla Maspexu to tylko jeden z wielu produktów w portfelu, niekoniecznie strategiczny.

Używaj serca i głowy

Marketer musi mieć gorące serce i chłodny umysł. Inaczej wpada w rozedrganie miliona chaotycznie podejmowanych decyzji. Najgorsza jest panika. Wszystkie incydenty w social media pokazują, jak mocno brand managerowie muszą rozumieć procesy transmedia brandingu. Na razie wciąż się uczą.

Posiadanie prywatnego konta na Facebooku, Instagramie czy Snapchacie jeszcze nie oznacza certyfikatu super ninja biznesowego social media. Z drugiej strony wrzucanie postów do społecznościówek nie może przypominać korporacyjnych procesów decyzyjnych, w których trzeba mieć podpisy całej hierarchicznej wierchuszki.

Marketerzy i agencje mogą popełniać błędy. Ten ich nie robi, kto nic nie robi. Eksperymentowanie i prowokowanie jest wpisane w marki, które muszą zwracać na siebie uwagę nieszablonową komunikacją. To nie usprawiedliwia jednak braku smaku, arogancji czy wulgarności.

Sztuką jest uczyć się na wtopach – najlepiej nie swoich. Kreatywni w sieci nie mogą myśleć standardami gimbazy: „ale urwał, niezła beka”. To nie jest Kwejk. Tutaj stawia się na szali autorytet marki. Za nim stoją konkretne pieniądze, a nie ryzyko bana w serwisie czy rechot kumpli spod trzepaka. Prowokacje wymagają porządnych profesjonalistów, nie zgrywusów wychowanych na serwisach wiocha.pl czy jebzdzidy.pl.

Transmedia branding umożliwił powstanie morderczej konkurencji online, w której… kasa przeznaczana na zasięgi przestaje mieć znaczenie. Nieważne, ile wydasz. Dzięki organicznemu buzzowi możesz wyróżnić się za darmo. Takie same szanse ma dziś korporacja, jak i malutka firma.

Buzz organiczny nic nie kosztuje – kosztują jedynie płatne zasięgi. Duża firma może przepalać mnóstwo pieniędzy na online. Konkurent zaś nie wyda nic, za to będzie rozpoznawalny dzięki unikatowemu pomysłowi. O to dziś toczą się boje: o organiczną zauważalność i wyróżnialność.

Nie sztuką jest wydać masę kasy na reklamę. Sztuką jest jak najmniej płacić za zasięgi i mieć je jak najwyższe oraz… jak najwięcej łapek skierowanych w górę. Pamiętaj, że tylko 10% użytkowników Facebooka przejawia chęć jakiejkolwiek interakcji w social media. 90% tylko patrzy.

Wiele agencji reklamowych, przyzwyczajonych do luksusu przepalania mnóstwa kasy na reklamę ATL, po prostu nie potrafi budować efektywnych strategii. Nazywa się to strzelaniem z armaty do komara. Z takimi przyzwyczajeniami agencje weszły w sektor digital.

Prowokujcie, łamcie schematy, wychodźcie poza pudełko, ale szanujcie uczucia swoich odbiorców. To jak stąpanie po grząskim gruncie. Nigdy nie wiadomo, gdzie się przesadzi.

Zostawiłem prezesa Maspexu z podniesioną słuchawką telefonu, wybierającego numer do Sami Wiecie Kogo. – Słuchaj, Darek, podjęliśmy decyzję. Czytelnictwo w Polsce spada. Może wrócimy do naszych źródeł i zamiast Tygrysem, staniesz się DecoMoreno? Takim z San Escobar? Deal?

Tekst ukazał się 13 sierpnia 2017 roku na Blogu o marketingu Jacka Kotarbińskiego.